Wydawnictwo: Insignis
Data wydania: 18 kwietnia 2012
Liczba stron: 453
Moja ocena: 8/10.
„Battlefield 3 jest najlepszą grą, jaka kiedykolwiek powstała” – tak
twierdzi człowiek będący w tej kwestii doskonale obiektywnym arbitrem, czyli
jej konsultant, popularny angielski pisarz i były wojskowy, Andy McNab. Na
grach nie znam się nawet w jednej dziesiątej tak dobrze, jak na literaturze (a
czy o książkach wiem cokolwiek, to w końcu też kwestia dyskusyjna), ale i
ja potrafię zadać kłam tej tezie. Nie można powiedzieć, że to zły FPS, ale i
nie da się ukryć, że jest dość generycznym klonem Call of Duty: Modern Warfare. W pełni kompetentnym, ładnie zrobionym,
mogącym dać godziwą rozrywkę na oszałamiające pięć–sześć godzin, ale
arcydziełem komputerowej rozrywki nie jest. Całkiem zrozumiałe, że McNab, przyłożywszy
rękę do powstania gry, musi ją pod niebiosa zachwalać, ale warto też pamiętać,
że ów człowiek jest samozwańczym psychopatą, może więc nie mieć skrupułów, żeby
dla własnych korzyści mijać się nieco z prawdą. I pewnie czerpać z tego
nieliche zadowolenie.
Jako Wielkiego Nowelizatora dużo bardziej interesuje mnie jednak nowelizacja, napisana przez Andy’ego McNaba właśnie; to z jej wstępu zresztą zaczerpnąłem ten buńczuczny cytat na początku. (Acha, książka ma niby współautora o nazwisku Peter Grimsdale, ale jego wkład był ponoć tak znikomy, że zostanie przeze mnie całkiem pominięty.) W ogóle trochę dziwna ta przedmowa: McNab rozpływa się w niej w zachwytach nad grą, twierdząc nawet, że jakiemuś weteranowi wydała się bardziej realistyczna niż symulatory wojskowe, na temat swojej książki natomiast wypowiada się uderzająco skromnie, przyznając jedynie, że oba dzieła dobrze się uzupełniają i w zasadzie tyle. Ja z kolei muszę wyznać, że najpierw czytałem, dopiero potem grałem. Czy to była właściwa kolejność?
Jako Wielkiego Nowelizatora dużo bardziej interesuje mnie jednak nowelizacja, napisana przez Andy’ego McNaba właśnie; to z jej wstępu zresztą zaczerpnąłem ten buńczuczny cytat na początku. (Acha, książka ma niby współautora o nazwisku Peter Grimsdale, ale jego wkład był ponoć tak znikomy, że zostanie przeze mnie całkiem pominięty.) W ogóle trochę dziwna ta przedmowa: McNab rozpływa się w niej w zachwytach nad grą, twierdząc nawet, że jakiemuś weteranowi wydała się bardziej realistyczna niż symulatory wojskowe, na temat swojej książki natomiast wypowiada się uderzająco skromnie, przyznając jedynie, że oba dzieła dobrze się uzupełniają i w zasadzie tyle. Ja z kolei muszę wyznać, że najpierw czytałem, dopiero potem grałem. Czy to była właściwa kolejność?
Wydaje się, że jednak
nie. Mając ogromne doświadczenie z nowelizacjami (co prawda, raczej filmów niż
gier, ale mimo wszystko), nauczyłem się, że lepiej sięgnąć po książkę w drugiej
kolejności, żeby znaleźć w niej pogłębienie danej historii, ponieważ postępując
inaczej można odnieść wrażenie, że z oceanu przeskakuje się do kałuży, a nie na
odwrót. Cóż jednak poradzić, w momencie zakupu powieści nie miałem jeszcze
odpowiedniego komputera do odpalenia gry, stało się więc jak się stało. Ale i
tak udało mi się z obu odsłon dużo zaczerpnąć.
Ta papierowa nosi tytuł
Rosjanin z tej przyczyny, że to
właśnie drugoplanowy bohater komputerowej wersji, zaprawiony w bojach członek
Specnazu Dima Majakowski, gra w niej pierwsze skrzypce, zamiast Henry’ego „Blacka”
Blackburna, którym było nam dane kierować przez większość BF3. Decyzja całkowicie słuszna i zrozumiała, bowiem Dima jest o
niebo ciekawszą postacią niż generyczny amerykański marine. Dużo starszy,
doświadczony, nacechowany bezwzględnością (nota
bene graniczącą wręcz z psychopatią), lepiej rozumiejący
polityczno-wojenno-historyczne niuanse drapieżnego świata międzynarodowego
terroryzmu, zapewnia treściwszą i barwniejszą perspektywę. Black zaś jest po
prostu nudnawym szczeniakiem: za młodym, żeby mieć naprawdę dobrą historię do
opowiedzenia, a jednocześnie trochę zbyt już oblatanym, żeby móc jego oczami
poznawać piekło wojny od podstaw i empatyzować z jego stopniową psychologiczną
degeneracją. Ni przypiął, ni wypiął. Ot, taka skorupa do chodzenia po świecie gry.
Na papierze nabiera nieco kolorków, ale do samego końca nie staje się
pełnokrwistym żołdakiem, którego przygody mogłyby naprawdę wzruszyć.
To, co w nowelizacjach
jest z reguły najfajniejsze, to tropienie i porównywanie różnic między obiema
wersjami. Nieważne, po której stronie będzie korzyść, liczy się właśnie to zestawienie.
W przypadku BF3 odstępstw jest tak
gigantyczna masa, że aż musiałem się zastanowić czy to na pewno jeszcze
nowelizacja, czy już jakieś poszerzone uniwersum, „przedłużka”, jeśli wolicie. Zmiana
protagonisty (mimo że słuszna) okazała się najmniejszą modyfikacją całości. Pomijając
fakt, że powieść zawiera masę motywów w grze nieobecnych, co w nowelizacjach
jest oczekiwanym stanem rzeczy, wręcz standardem dobrej przeróbki, nawet te wątki
pojawiające się i tu, i tu są raczej niepodobne. Gdyby jeszcze były jedynie
przedłużone, wzbogacone, nie miałbym żadnych wątpliwości, ale tutaj jest to po
prostu niemal zupełnie nowa historia napisana na bazie starej. Żaden dialog nie
przebiega podobnie (a przynajmniej ja nie zauważyłem), sekwencje akcji są
kompletnie przearanżowane, a stawki bardziej osobiste. Ogólnie fabuła wydaje
się być nieco o czymś innym, no i oczywiście powieść inaczej się kończy.
Odniosłem wrażenie, że McNab miał własny pomysł (może jeszcze zanim EA DICE
skontaktowali się z nim w sprawie współpracy) i po prostu skorzystał z nadarzającej
się okazji, pisząc porządną książkę sensacyjną, tu i ówdzie podpinając ją pod
ogólne wytyczne stawiane przez powstającą równocześnie grę.
Jak sklasyfikować
rezultat? Jestem Wielkim Nowelizatorem, arbitralnie więc stwierdzam, że Battlefield 3: Rosjanin to nowelizacja
gry, ale wyjątkowo swobodna, w treści i w konstrukcji, tak bardzo, iż niekiedy
zmieniona nie do poznania. Gry dużo gorszej od książki. I wcale nie tak
realistycznej, jak twierdzi Andy McNab. Wasza sprawa, czy uwierzycie mnie, czy
jakiemuś psychopacie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz