Tłumaczenie: Faustyn Malczyk
Wydawnictwo: Pegasus
Data wydania: 1991
Liczba stron: 232
Moja ocena: 8/10.
Uwielbiam Robocopa 2, choć to żadne wybitne dzieło kina SF. Uważam jednak, że jak na kontynuację tak znakomitej pierwszej części, to bardzo ciekawa pozycja. Bynajmniej nie jest to dla mnie łatwa miłość, bo ten film ma niewątpliwie sporo problemów. Po prostu, jest w nim coś, co sprawia, że nie daje tak dobrej zabawy jak powinien. I trudno jest określić, co to takiego.
Zwłaszcza wziąwszy pod uwagę scenariusz, który jest przecież znakomity – co nie dziwi, skoro wyszedł spod pióra jednego z komiksowych bogów, Franka Millera. Ciekawe rozwinięcie ludzko/mechanicznego dysonansu głównego bohatera, dalsze pogłębienie korporacyjnych machlojek, jeszcze bardziej wyrazista satyra na korpokrację, ten niesamowity supernarkotyk Nuke, czyniący z ćpunów szaleńców, czy wreszcie świetny czarny charakter Caine (może nawet nieco lepszy niż Boddicker z "jedynki"?), dający nawet większego czadu jako szalony cyborg-narkoman – wszystko to jest naprawdę dobre na papierze, a jednak produkt finalny ogląda się jakoś... dziwnie. Wiele lat dumałem (wspomagając się kolejnymi projekcjami) dlaczego tak jest, aż wreszcie zrozumiałem.
Zasadnicze problemy są w filmie trzy: reżyseria, aktorstwo i muzyka. Każda z tych rzeczy jest przynajmniej do poprawki albo wręcz fatalna. Wydawałoby się, że Irvin Kershner, reżyser – bagatela – Imperium Kontratakuje stanie na wysokości zadania ponownie kontynuując cudzy klasyk, a tymczasem realizacja filmu robi wrażenie sflaczałej. Większość aktorów (z niewieloma wyjątkami, zwłaszcza Toma Noonana w roli Caine'a) sprawia wrażenie, jakby przyszli na plan głupiej komedii. (A przecież Robocop, mimo że mocno satyryczny, nie jest jednak farsą.) Gwoździem do trumny całego przedsięwzięcia jest koszmarna muzyka Leonarda Rosenmana – rany boskie, jak można było zatwierdzić ścieżkę dźwiękową z chórkami zawodzącymi co chwila "Rooobocooop! Rooobocooop!"? Gdybyśmy mieli do czynienia z musicalem parodiującym słynne dzieło, byłoby to do zaakceptowania, ale przecież tak nie jest. Rozczarowanie! Ale film i tak dobry, nawet jeśli z ledwo, ledwo możliwą do przełknięcia tycią odrobinką dziegciu.
Na ratunek przybyła nowelizacja. Dopiero bowiem w formie tekstu na bazie tekstu Robocop 2 pokazuje co ma do zaoferowania, i to w całej krasie. Dynamicznie opisana akcja, skrzące się naprawdę fajnym humorem opisy Nahy (a może "Naha'y"? Nie wiem! Postaraj się o nazwisko, którę umiem deklinować, Naha!) i ogólne wrażenie solidnej powieści rozrywkowej, a nie jakiegoś tam szmatławego brukowca – tak można by krótko scharakteryzować tę nietęgą książkę. Naha już drugi raz się popisał, bo przecież jego pierwszy Robocop też do kiepskich nie należał, no ale jednak nie był lepszy niż film. A to właśnie powiedziałbym o "dwójce": to jedna z tych niezbyt licznych nowelizacji, które przewyższają dzieło filmowe wyrosłe z tego samego bądź co bądź materiału wyjściowego.
Czytajcie i oglądajcie!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz