Wydawnictwo: Da Capo
Data wydania: 1998
Liczba stron: 158
Moja ocena: 9/10.
Mimo że tematycznie
serial jest mi bardzo bliski (seryjni mordercy, apokaliptyczne przepowiednie,
teorie spiskowe etc.), a Lance Henriksen zawsze był jednym z moich ulubionych
aktorów, Millenium jakoś przeszło
bokiem. Obejrzałem pilota i kilka pierwszych odcinków, wrażenia miałem
pozytywne, a jednak nie stałem się fanem i nie zacząłem co tydzień wiernie
śledzić przygód Franka Blacka. Nie ja jeden zresztą nie połknąłem haczyka: po
rekordowej frekwencji pierwszych epizodów, serial odnotował stopniowy spadek
popularności, aż został zdjęty z anteny po trzech sezonach.
Nie przyjęły się widocznie
także nowelizacje, skoro na amerykańskim rynku wydano raptem pięć niewielkiej
objętości książeczek, które dzisiaj są niemal nie do zdobycia. Mnie udało się
namierzyć jedynie dwie pierwsze, gdzieś w zakurzonych mrokach antykwariatu,
tchnących tajemnicą i mistycyzmem. (Prawie jak sam serial, tyle że od oglądania
telewizji się tyle nie kicha.) Amerykanie i tak mieli więcej szczęścia niż my,
bo Polakom wydawnictwo Da Capo zaserwowało tylko tom pierwszy, autorstwa znanej
u nas z kilku horrorów i naprawdę dobrej nowelizacji Z Archiwum X: Pokonać przyszłość, Elizabeth Hand. (A tymczasem książeczek
X-Fajlowych to wszędzie wydano na
kopy!) Ale dobre i to: w wersji ekranowej zwany po prostu pilotem, na papierze
zatytułowany Francuz, robi ogromne
wrażenie.
Dziwnie to może
zabrzmieć, ale ta krótka powieść nie miała prawa być tak dobra. Zwłaszcza, że
jest przeróbką nie byle czego: pierwsza odsłona Millenium to rzetelny thriller psychologiczny, wpadający w lekki
horror, wydobywający z ówczesnych możliwości małego ekranu właściwie wszystko.
Jest tam dobra muzyka, wzorcowe aktorstwo (głównie Henriksena, ale to chyba
oczywiste), a przede wszystkim ten duszny, przygniatający nastrój nadchodzącej
apokalipsy. Na razie jeszcze wyczuwanej tylko przez paranormalnie nadwrażliwych
sadystycznych świrów (może zresztą nie tak do końca szalonych?), ale jednak się
zbliżającej. Niekoniecznie takiego całkowitego końca świata, ale chociaż kresu
dotychczasowego porządku, norm, cywilizacji. Zresztą, sam fakt, że nie za
bardzo było wiadomo czego się bać, dodawał całości napięcia. To się oglądało z
wypiekami na twarzy.
Cóż więc może tu dodać
nowelizacja, skoro już pierwowzorowi właściwie niczego nie brakowało? Okazuje
się, że niesamowicie wiele! Już pierwsza strona wywiera duży efekt, opisując
perspektywę seryjnego zabójcy w trakcie popełniania zbrodni – nie podając
samych makabrycznych szczegółów, ale za pomocą jego emocji i zmysłowych doznań.
Ten krótki opis to jeden z najlepiej napisanych kawałków tego typu literatury
seryjno-morderczej, jakie miałem okazję przeczytać. Potem autorka również nie
rozczarowuje, serwując czytelnikowi wcale niebłahą rozrywkę, mocną, straszną,
wręcz miejscami nieprzyjemną (ale w przyjemnym znaczeniu – wiecie o co chodzi),
spełniającą to najważniejsze ze wszystkich kryteriów dobrej nowelizacji –
pozwalającą zapomnieć, że to dzieło wtórne, a nie całkowicie suwerenny pisarski
twór.
Warto przy tym zaznaczyć, że moje zachwyty dotyczną głównie oryginalnej wersji językowej, polskie tłumaczenie, choć dobre, nie oddaje całkowicie językowej finezji Hand. (Tak, tak, dobrze zrozumieliście: prawdziwie oddany wielbiciel nowelizacji musi przeczytać książkę w kilku językach, a Wielki Nowelizator to już wręcz ma taki obowiązek, o chorobliwej ambicji nie wspominając.) Obejrzałem pilota dwa razy i tyleż samo przeczytałem książkę, raz po polsku, raz po angielsku. Zachęcam do tego każdego, komu Francuz wpadnie w ręce. Szkoda tylko, że nie dostaliśmy reszty cyklu…


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz